środa, 4 lutego 2015

Wrocław - Kluczbork - Częstochowa | Plan

Plan na 21-22 lutego juz jest.
I wszystko jasne :)

sobota, 31 stycznia 2015

Jura 2015 - pierwsza weekendówka 2015


Dzień 1:

Rano zgodnie z planem podjechałem sobie rowerkiem na PKP w Krk, skąd pociągiem dotoczyłem sie do Trzebini. Tam po chwili pojawili sie Magda i Łukasz i wszyscy razem ambitnie ruszyliśmy w zaplanowaną trasę.

Oczywiście na początku małe zakupy w Lidlu :)
Jechało się całkiem przyjemnie, chociaz temperatura była tylko ułamek stopnia powyżej zera. 
Drogi na zadupiach raczej słabo przejezdne, więc jechaliśmy bardziej głównymi trasami.

Ulice były mokre, a samochody ciągle "uprzyjemniały" nam jazdę. 
Po południu pojawiliśmy się w Ogrodzieńcu, gdzie trzasnęliśmy kilka fotek i obiadek w miejscowej knajpce.
Strongmen :)
Grochówka była zacna, ale drugie danie syfiaste :(
Ciepły obiad troszkę nas rozleniwił i ostatecznie zostalismy juz w Ogrodzieńcu na noc :)
Łukasz miał tam akurat obcykaną jedną, fajną miejscówkę więc tam też zdecydowaliśmy przenocować.



Pokonaliśmy baaaardzo dużo km. Konkretnie to nieco ponad 40 :)
Ale w sumie i tak mieliśmy plan zakończyć jazdę wcześniej, bo chcieliśmy posiedzieć nad mapami i poplanować trasę na Cabo. 
No więc siedzimy, planujemy, jemy, piwkujemy. Jest dobrze :)

Dzień 2:

Pobudka jakoś przed 8-mą. Szybkie śniadanko i do rumaków marsz :)
Takiego fajnego Leona tam mieli :)


Na koniec jeszcze pamiątkowe foto pod blachą Ogrodzieńca.
Potem już kilkadziesiąt km uczciwego pedałowania.
Pogoda była cudowna, idealna. Temperatura -2 stopnie, czarny, suchy asfalt, zmrożony śnieg dookoła - bajka.


Porobiliśmy sporo fajnych fotek.
Druga połowa dzisiejszego dnia to już mniej ekscytujący dojazd przez Dąbrowę do Katowic. Ruchliwe ulice - coś czego nie kocham całkowicie :/
W Dąbrowie zajechaliśmy jeszcze do Maca na kawkę i kanapkę.

Nasz syn nawet skorzystał ze zjeżdżalni :)


Z Maca podjechaliśmy trzasnąć sobie fotkę pod spodkiem w Katowicach.


Potem już prosto na PKP, gdzie się rozstaliśmy.
Tak zakończyła się pierwsza w tym roku mała, weekendowa wyprawa.
Było zimno, ale jak zwykle super.
Mieliśmy z Madzią podczas tej wyprawy prototypowe, nowoczesne, tajne i jedyne w swoim rodzaju błotniki jednej z wiodących firm (nazwa ściśle tajna)...

Mój rower wyglądał jakbym z jakiejś misji wojennej wrócił prawie ;)

czwartek, 29 stycznia 2015

Pierwsza weekendówka 2015 - plany

No to pedałowanie czas zacząć.

Właśnie ustaliliśmy (stała ekipa - Madzia i Łuki) plan na nadchodzący weekend.
W sobotę rano spotykamy się w Trzebini, skąd pedałujemy na północ, zgodnie z powyższą mapą.
Czy dojedziemy do celu to będzie zależało od pogody. Zapewne łatwo nie będzie, ale standardowo - będzie fajnie :)
W niedzielę kręcimy do Katowic, skąd już wrócę do domu pociągiem.
Dzisiaj udało mi się zakupić jakieś w miarę poczciwe trzewiki bo jeździłem w letnich adidaskach, w których po godzinie pedałowania odmarzały palce :/ Może teraz będzie lepiej :)

Przy okazji - postanowiłem w tym roku wykręcić 10 tysiączków. Czy się uda? - zobaczymy pod koniec roku :)

czwartek, 8 stycznia 2015

Luźne plany na 2015 rok

Postanowiłem gromadzić w jednym miejscu pomysły szybkich / krótkich wypadów na ten rok.
Będą to same trasy, bez żadnych terminów, dat itp.


weekendówka
zamkowa jednodniówka po okolicy
weekendówka z dłuższym dojazdem
Jednodniowa stówka

sobota, 6 grudnia 2014

8000 km na zakonczenie sezonu

Dzisiaj byłem trochę pokręcić bo temperatura powyżej zera kusiła do wyjścia. Przy okazji przekręciłem kolejny tysiączek tego sezonu - uzbierało się już 8 takowych tysiączków i chyba na tym trzeba poprzestać, bo pomału jaja zaczynają do siodełka przymarzać ;)


Tak na poważnie to jeśli jest temperatura na plusie to jeździ mi się w miarę przyzwoicie, byle nie przesadzać z kilometrami / czasem. Dzisiejsze 2,5 godzinki zleciały całkiem przyjemnie, ale było 1,5 stopnia powyżej zera, wiec nie ma tragedii.
Chyba pomału trzeba przestawić się na jakiś basenik, aby się przez zimę nie rozleniwić za mocno i nie stracić całej wypracowanej kondycji.

piątek, 28 listopada 2014

Pierwsze zakupy pod Cabo :)

W ramach przygotowania do przyszłorocznej wyprawy na Cabo da Roca, postanowiłem doposażyć nieco swojego rumaka.
Zakupiłem zatem dodatkowe sakwy na przód. Wybór padł na sprawdzone i niezawodne Crosso Dry. Sakwy genialne w swojej prostocie, wytrzymałe i po prostu niezawodne (przynajmniej jak do tej pory). Ich główną zaletą jest całkowita wodoodporność i szczelność. Przy okazji sposób zamykania poprzez zwyczajne zwijanie i zatrzask powoduje, ze dostanie się do ich zawartości jest proste i bardzo szybkie. Zakupione sakwy to wersja DRY 30, czyli mniejsze. Z tyłu mam ich większy odpowiednik.
zdjęcie poglądowe (ukradzione z netu :) )
Do sakw dokupiłem także bagażnik przedni - także Crosso - do kompletu. Konstrukcja sprawdzona przez Łukasza :) więc nie wybierałem w ciemno. Poza tym na tyle też mam bagażnik tej samej firmy i nie miałem z nim problemów.

Przy okazji zakupów postanowiłem także zrobić sobie dobrze i kupiłem nowe hamulce i tarcze.
W prawdzie moje dotychczasowe hample (Hayes Sroker Ryde) dawały radę, ale chciałem mieć coś mocniejszego bo przy długich zjazdach obładowanym rowerem lepiej mieć zapas niż niedobór możliwości wyhamowania.
Poczytałem zatem trochę i podyskutowałem na swoim ulubionym forum i pod uwagę brałem Shimano SLX / XT / ZEE. Początkowo planowałem zakup XT. Ktoś zaproponował SLX jako ten sam produkt różniacy się tylko napisem oraz zawleczką zamiast śruby przy klockach i chwilowo o nich także myślałem, bo można było zaoszczędzić stówkę w stosunku do XT. W obu jednak przypadkach przeszkadzało mi srebrne wykończenie klamek - tak, może to głupie, ale lubię jak rzeczy, które posiadam podobają mi się :)
Bardzo spodobały mi się natomiast ZEE (czarne) a różnica cenowa pomiędzy nimi a XT coś koło stówki czy dwóch. Tak więc w ogólnym rozrachunku padło na hample z grupy grawitacyjnej Shimano. Wiem, że można to uznać za przesadę o czym pisali też na forum :) no ale co ja zrobię skoro mi się one podobały. Teraz przynajmniej jestem szczęśliwy, a przy okazji bezpieczny na zjazdach :)
Do hamulców dokupiłem także tarcze. O ile moje stare hamulce dawały rade, tak już przednia tarcza nadawała się do zezłomowania - powyginała się i tarła o klocki co doprowadzało mnie czasem do ... do różnych złych nastrojów ;)
Zakupiłem więc komplecik (160mm na tył + 180mm na przód) tarcz Shimano SM RT86 Deore XT.
Mały stresik pojawił się wczoraj wieczorem przy rozpakowywaniu przesyłki ze sklepu internetowego, bo okazało się, że brakuje tarczy 160mm. Zadzwoniłem więc rano aby wyjaśnić sprawę. Po chwili dostałem maila z przeprosinami i informacją, że brakująca tarcza zostanie do mnie dzisiaj wysłana. Uspokoiło mnie to, bo obawiałem się, że potraktują mnie jak naciągacza czy coś w tym rodzaju - wiadomo jak to bywa. Zapewne jednak sprawdzili, że mają tą tarczę na stanie i nie było problemu.
Coż, każdemu się może zdarzyć pomyłka przy pakowaniu - ważne, aby zachować się profesjonalnie w stosunku do klienta. Dlatego sklep rowertour.com zyskał nowego, wiernego klienta i mogę ich z czystym sumieniem polecić.
a co mi tam - zrobię im reklamę :)
W kwestii przygotowań do nowego sezonu pozostał mi jeszcze zakup namiotu i jakiejś samopompy, ale to już chyba w przyszłym roku.

PS. Brakująca tarcza przyjechała po dwóch dniach kurierem, na koszt nadawcy. 

wtorek, 11 listopada 2014

Gubin - Zielona Gora (60 km)


Ostatni dzień wyprawy był jednocześnie najkrótszym, bo pokonaliśmy tylko 60 km.  Taka odległość podyktowana była tym, że wszyscy musieliśmy jeszcze jakoś dojechać o rozsądnej porze do domów.
Pobudka o 6:30 nie była prosta, ale jakoś się udała. Z noclegowni wytoczyliśmy się około 8-mej i po chwili popijaliśmy ciepłą kawkę w McDonaldzie :)

Potem już najkrótszą trasą (więc niezbyt widokową) popedałowaliśmy do Zielonki. Trasa łatwa i szybka. Pogoda przyzwoita - bez deszczu, ale asfalt lekko wilgotny, temperatura około 10 stopni lub miejscami nieco mniej. 

60 km zrobiliśmy szybko i bezproblemowo. Dzisiaj jechało mi się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dni obecnej wyprawy. 

Myślę, że dzisiaj 150 km jakie wykręciliśmy drugiego dnia, nie byłyby tak trudne jak dwa dni temu.
Jakoś o 12-tej przywitaliśmy się z blachą Zielonej Góry. 


W okolicy rynku zakotwiczyliśmy w knajpce na obiad (bardzo smaczne jedzonko i fajna knajpa).



Po obiadku szybki przejazd (szybki, bo to mały odcinek) na dworzec PKP, gdzie się rozstaliśmy, bo ja musiałem jechać innym połączeniem. 

Jednak sama chwila rozstania była przerażająca, pełna łez i dramatu :)


Cala wyprawa jak zwykle fajna. Przepedałowalismy około 430 km, co wszyscy czujemy w nogach :)

Tym razem to już chyba na serio ostatni wyjazd w tym roku :( Jest już trochę za zimno no i trzeba zacząć zbierać kasę na wyjazd majowy :)
Przejechana trasa