czwartek, 11 września 2014

Plan na nadchodzący weekend - śladami Jakuba Wędrowycza :)

Jak już wspominałem we wcześniejszym wpisie odnośnie planów weekendowych, już jutro wybieramy się odwiedzić Jakuba Wędrowycza :)

Wyjazd z Krakowa wczesnym rankiem, pociągiem do Lublina.
Ogolne założenia są mniej - wiecej takie:

Dzien 1
Lublin - Cyców - Chełm (82 km)

Dzien 2
Chełm - Wojsławice - Zamość - Szczebrzeszyn - Biłgoraj (126km)

Dzien 3
Biłgoraj - Łańcut- Rzeszów (99 km)

W niedzielę wsiadamy w pociąg powrotny w Rzeszowie jakoś około godziny 15-tej i zaczynamy myśleć o następnej wyprawie :)

niedziela, 7 września 2014

Krakow - Radom (dzień 2 - 90 km)

Około godziny 17-tej, po przejechaniu 90 km, dotarliśmy do Radomia.
Ale po kolei:
Drugi dzień wyprawy można uznać za równie udany jak pierwszy. Od samego rana czyste niebo i ciepełko.
Z kwatery wytoczyliśmy się jakoś około 8-mej. Sama miejscówka bardzo fajna - duży pokój z wieloma wyrkami, telewizorem, stołem, z kuchnią obok, łazienka z prysznicem i garażem na rowery.

Tego dnia było do przejechania znacznie mniej niż wczoraj, ale mieliśmy dla odmiany godzinę, do której musieliśmy się wyrobić. O 18:12 odjeżdżał nasz pociąg i wypadało się na niego załapać, co też nam się udało.
Daliśmy nawet radę zobaczyć jakiś główny, radomski deptak i wciągnąć po placku po węgiersku z browarkiem w jednej z tamtejszych knajpek.
Początek dnia rozpoczęliśmy od odwiedzenia centrum Kielc i ichniejszego rynku, na którym należało się posilić, bo długa i męcząca trasa z kwatery (jakiś 1 km) okropnie nas wykończyła.
Napotkaliśmy w centrum fajnie wymyśloną fontannę przy jakimś chyba centrum handlowym.
Potem natrafiliśmy na plac zabaw dla dzieci i daliśmy się ponieść małej głupawce :)
Spodobało nam się na tyle, że postanowiliśmy zahaczyć także o jakiś kolejny plac zabaw, jeśli takowy napotkamy... Napotkaliśmy 200 metrów dalej :)
Potem kawałek przyjemnymi zadupiami aż do przedmieści Skarżyska, gdzie napotkaliśmy innego rowerzystę. Polecił nam lekkie odbicie z trasy i zahaczenie o coś w rodzaju prywatnego skansenu / muzeum pozostałości wojennych, w postaci czołgów, dział, samolotów i nawet jednego okrętu.
Świetnie, że na niego natrafiliśmy, bo miejsce to było bardzo ciekawe. Takie nieprzewidziane niespodzianki zawsze miło zaskakują.
Następnie odwiedziliśmy zamek w Szydłowcu.
Jakoś nas nie powalił :) Chyba spodziewaliśmy się czegoś innego, może bardziej zniszczonego... Trudno powiedzieć.
Dzisiaj druga połowa drogi prowadziła moimi nieulubionymi drogami głównymi, a w zasadzie jedną drogą - od Szydłowca aż do Radomia. Chcieliśmy ten kawałek trasy zrobić w miarę szybko, aby można było  posiedzieć dłużej i na spokojnie już w samym Radomiu. Prawie nam się udało :)
Na początku dotarliśmy na dworzec PKP, gdzie zakupiliśmy bilety na pociąg do Krakowa. Potem udaliśmy się na małe, szybkie zwiedzanko połączone z posiłkiem.
Placek po węgiersku zjedliśmy w jakimś rekordowym czasie, ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze to potrenujemy, aby czas ten skrócić jeszcze bardziej :) Może dojdziemy do wprawy, gdy placek damy radę zjeść, zanim nam go podadzą.
W pociągu wszystko super, dużo miejsca i wagon dla rowerów... tylko akurat nie w naszym pociągu :/


Zapakowaliśmy rowery na stertę w ostatnim wejściu, przez co prawie tam utknąłem ze swoim grubym bebechem :) Na szczęście Łukasz jakoś mi się pomógł oswobodzić, dzięki czemu siedzę teraz już wygodnie... w przejściu, obok... eee... dupy psa :)

Tym ciekawym akcentem kończę relację ze świetnej i udanej wyprawy.
Już za kilka dni kolejna :)

Na koniec jeszcze filmowe podsumowanie:

sobota, 6 września 2014

Krakow - Radom (dzień 1 - 153 km)

Dzień pierwszy za nami.
Ruszyliśmy z Krakowa gdzie spotkaliśmy się rano (o 8:30 koło Barbakanu). Symbolicznie podjechaliśmy jeszcze na rynek, żeby zapodać jakieś foto :)


Pogoda cały dzionek rewelacyjna. Może czasem nawet za bardzo :)

W trasę ruszyliśmy słuchając się grzecznie Garminki, która prowadziła nas rewelacyjnymi zadupiami - tak jak lubię :) Cały czas asfalcik (z małym wyjątkiem około 1 km, gdzie to co mieliśmy pod kołami, trudno nazwać asfaltem). 

Tereny bardzo fajne a droga ciekawa - zakręty, górki i te sprawy.
Pierwsze kilka godzin standardowo leniwe. Co kawałek jakieś sady. 
W końcu trafiliśmy na miejsce, gdzie po jednej stronie ulicy był sad z jabłkami a po drugiej sad ze śliwkami - wielkimi, wspaniałymi, soczystymi i słodkimi śliwami - REWELACJA.



Najedliśmy się ich i ciężko było ruszyć dalej :), ale jakoś się udało... na jakieś 100 metrów, bo natrafiliśmy tym razem na plantację malin, no i nie dało się ich ominąć :)
Potem jechało się jeszcze trudniej, ale fajne widoki umilały jazdę.
W końcu dotarliśmy do Pińczowa - małego miasteczka, w którym uraczyliśmy się jakąś syfiastą pizzą w jednym z barów (czy jak to tam oni nazywają...).

Po przerwie na ten "wspaniały" posiłek podjechaliśmy jeszcze kawałek na jakąś stację paliw zapodać Redbulika i jakieś płyny na dalszą drogę. Mieliśmy za sobą już ponad stówkę, a do zaklepanego w Kielcach noclegu zostało jeszcze około 40 km. Ten fragment trasy pokonaliśmy już w ciemnościach, ale za to jechało się rewelacyjnie - trasa była albo płaska albo z górki, była świetna temperatura (chłodno) a przy okazji nie było już dużego ruchu (od Pińczowa jechaliśmy już trasą typu przelotówka, gdzie w dzień jest średnio fajnie).

Rowery jechały prawie same, dzięki czemu przycisnęliśmy trochę mocniej i brakujące 40 km zleciało nie wiadomo kiedy. Niestety troszkę tym tempem zmęczyliśmy Michała, który miał w rowerze tylko 7 przełożeń z tyłu i zdecydowanie dało się mu to we znaki :( Ale i tak dzielnie cisnął.

Obawialiśmy się w Pińczowie, że dotrzemy na miejsce koło północy, ale byliśmy chyba nieco po 22-giej.

Michał wcześniej załatwił nam świetny nocleg i dzięki temu, popijając zimne piwko, w zadowoleniu zakończyliśmy ten udany dzionek.

czwartek, 4 września 2014

Plan na weekend :)

Dobry plan na weekend, to taki, który zakłada pedałowanie. Zatem na najbliższy i kolejny, plany są dobre :)
Już za dwa dni ruszamy w trasę Kraków - Kielce - Radom.
Nie mam zielonego pojęcia co fajnego jest w tych miastach albo po drodze, ale kogo to obchodzi :) - i tak będzie super.
Następny weekend będzie pod wezwaniem Jakuba Wędrowycza :)

Będzie to 3-dniowa wyprawa na wschód kraju. Punktem kulminacyjnym ma być odwiedzenie rejonów opanowanych przez Jakuba czyli Stary Majdan koło Wojsławic.
Zaliczyć tam będzie trzeba piwko Perła, którym lubi raczyć się Jakub (bimber może sobie odpuścimy). Będzie to wyprawa nie tylko rowerowa zatem, ale będzie ona czymś w rodzaju wyprawy do "ziemi świętej", jako, że oboje z Madzią jesteśmy fanami Wędrowycza (i ogólnie tego co w swojej pokręconej głowie wymyśla Pilipiuk :) ).
Będzie zajefajnie :)

niedziela, 31 sierpnia 2014

Kraków - Zakopane (dzień 2, 135 km)

Drugi dzień naszej wyprawy już za nami. Było super :)

Przed 9-tą rano dostaliśmy śniadanko, a po nim wyruszyliśmy w kierunku Zakopanego.
Zaczęło się od sporego podjazdu - pod Gubałówkę, taki skrócik... :)
Tak więc już po kilkunastu minutach jazdy byliśmy zasapani :) ale daliśmy radę.
Widok z góry zrekompensował cały trud :)

Potem szybki zjazd na dół i dojazd pod Wielki Krokiet ;) (Wielka Krokiew).

Kilka szybkich fotek i ruszamy w drogę na Kraków. Tym razem dokładnie sprawdzamy którędy Garminka zamierza nas przeciągnąć.
Pierwsze kilka km to standardowo - podjazd, ale zaraz za Zakopcem zaczyna się bajka - zjazd, zjazd a dalej znowu zjazd :) Byliśmy aż do Myślenic mocno zaskoczeni, że trasy, ktorymi jedziemy (te same co wczoraj) są cały czas z górki. Dopiero teraz doszło do nas, że wczoraj ponad 2/3 trasy ciągle jechaliśmy pod górę. To wiele tłumaczy, bo wczoraj styrało nas przeokropnie.
Po drodze odwiedzamy Skansen Taboru Kolejowego w Chabówce.

Od Myślenic już jednak teren zrobił się zróżnicowany i co chwilę pokonywaliśmy na zmianę odjazd, zjazd, podjazd, zjazd... i tak aż do domu :)

Wróciliśmy już po zachodzie słońca pstrykając blachę Krakowa w świetle lampki rowerowej :)
Dzisiejszy dzień był łatwiejszy, ale i tak nie było łatwo.

Podsumowując - było zajefajnie :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Kraków - Zakopane (dzien 1, 128 km)

Masakra - tak moge podsumowac dzisiejszy dzien :)
Wyjechalismy z Adrianem o godzinie 8-mej rano. Pogoda od samego poczatku byla super - nie za zimno, nie za cieplo, po prostu idealnie. Chociaz o 5:30 rano troche popadalo, ale tylko postraszylo.
Plan na trase byl prosty, ale okazalo sie, ze nie byl prosty :) Ustawilem garminke na cel (Wielka Krokiew) ale pozwolilem garmince prowadzic nas po drogach nieasfaltowych. Poczatkowo byl to dobry pomysl, bo jechalismy fajnymi zadupiami, z daleka od duzego ruchu.

Gdzies po drodze zaczal sie masakryczny podjazd. Mam wrazenie, ze jechalismy pod niego jakies pol godziny a koncowke to juz prowadzilismy rowery. Gdy mielismy nadzieje, ze juz za chwile przelecz i bedzie z gorki - skonczyl nam sie asfalt :) Zaczela sie jakas masakra kamienista i wymieklismy. Musielismy kilka km wrocic w dol. Zjazd byl rownie trudny jak podjazd - hamulce az smierdzialy spalenizna :) no ale jakos sie udalo, przebolelismy to.
Przestawilem garminke na opcje omijajaca wszystko, co nie jest asfaltem. Ruszylismy nowa trasa bez sprawdzania gdzie nas to zawiedzie... i to byl blad :) Z jakiegos powodu garminka i tak wytyczyla trase po kamieniach - jeszcze gorszych niz za pierwszym razem i po podjezdzie kilka razy dluzszym niz za pierwszym razem. Niestety fakt trasy po kamieniach odkrylismy dopiero jak pojawily sie kamienie...
Nie, nie wkur....smy sie, wcale.... Prawie wcale :)
Znowu zjazd na smierdzacych hamulcach i powrot do Rabki.

Tam zmienilem mape w garmince i wytyczylem nowa trase, ktora dokladnie sprawdzilismy na google maps.

Niestety cala ta przygoda dala nam tak w kosc, ze jakies 12 km przed planowanym noclegiem, padlismy prawie na asfalt :)
W mijanym sklepiku zakupilismy browarki, tone chipsow itp, a nastepnie poszukalismy noclegu w pierwszym napotkanym pensjonaciku (sa ich tu setki na szczescie). Mielismy w koncu troche szczescia. Byl pokoik wolny, duzy, na 4 osoby, telewizor, prysznic, garaz na rowery.
Rozpakowalismy sie, zamowilismy na rano sniadanko, rozlozylismy zarcie, otworzylismy browarki i wlaczylismy zaczynajacy sie wlasnie meczyk polskiej reprezentacji (mecz inauguracyjny mistrzostw swiata w siatkowce). Po prostu bajka i w pewien sposob wynagrodzenie calodniowych meczarni.
To 128 km dalo mi sie we znaki duzo bardziej niz pokonany jakis czas temu dystans 172 km podczas wyprawy do Turawy. Czuje sie, jakby mnie walec przejechal.
Mecz sie skonczyl wygrana Polakow i idziemy spac. Nie wiem czy ktos nas rano dobudzi :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Standardowy spacerek i plany na weekend

Po powrocie z wakacyjnego wyjazdu na wiochę, powróciłem też do codziennych spacerów rowerowych na koniec dnia. Chyba mi ich brakowało. Ogólnie przez wakacje jakoś zaniedbałem rower w stosunku do okresu przedwakacyjnego. Nadmiar pracy nie zawsze jest pozytywny.
Czuję teraz ciągły głód rowerowy, pogłębiony niezrealizowaną podróżą wzdłuż Wisły.
Planowałem w najbliższy weekend wyskoczyć do Katowic na nocną imprezę rowerową, ale dzisiaj okazało się, ze pojawiła się szansa zrealizowania wraz z kumplem zaległej wyprawy do Zakopanego, co kusi mnie bardziej, niż jedna noc na rowerze i cały dzień męczarni po nieprzespanej nocy :)
Oczywiście chętnie zaliczyłbym oba warianty, ale jako, że jest to nie wykonalne, postanowiłem zaliczyć Zakopane. Cały dzień pedałowania, wieczorne piwko w górach, normalny sen i znowu cały dzień pedałowania, skusiły mnie bardziej :)


Dzisiaj zrobiłem sobie mały spacerek (50 km) częściowo standardową trasą, ale nieco rozszerzoną. Tak więc ścieżeczka rowerowa wzdłuż Wisły, Tyniec (ale tym razem po raz pierwszy po drugiej stronie rzeki), potem trochę nowych terenów na północny zachód w okolice Liszek i lotniska Balice, a potem powrót na drugą stronę ścieżeczki.


Niby jeszcze lato ale już zdecydowanie jest zimno. Właściwie to jest za zimno jak na końcówkę sierpnia - temperatura odczuwalna jak w październiku.

Może w tym roku zima sobie odbije to, co zapomniała zmrozić ostatnio. Oby nie.

Aktualny audiobook: Isaac Asimov - "Świat robotów" tom 2, czytane przez Mako_new

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Ostrava - Katowice (trzeci dzień wycieczki do Pragi - 96 km)

Wczoraj wieczorem wróciłem do domu z kolejnej rowerowej wycieczki.
Wraz z Madzią i Łukaszem pokonaliśmy w ciągu trzech dni nieco ponad 300 km, zdobywając Pragę.


Ostatni dzień to już pedałowanie w stronę domu.
Pociągiem z Pragi dotoczyliśmy się do Ostravy.

Udało mi się w pociągu zasnąć na chwilę, ale nie było tego więcej niż godzina z minutami, w super wygodnej pozycji - oparty o stolik :)
No ale co zrobić.
W Ostravie sprawdziliśmy czy da się podjechać jakimś pociągiem do Katowic, ale pani w kasie zaśpiewała nam jakąś chorą kwotę co przypieczętowało decyzję o powrocie do domu na rowerach.
Wpadliśmy jeszcze na rynek wciągnąć po pizzy, oraz po jakieś zakupy do Tesco i ruszyliśmy w drogę.
Do granicy nie było już w sumie daleko, a trasa do niej okazała się bardzo fajna.
Po drugiej stronie granicy było już mniej ciekawie - głownie jechaliśmy trasami o sporym ruchu samochodowym, więc ani to ciekawe ani przyjemne. Takie tam pedałowanie na zasadzie byle do domu :)
Jakoś po 19-tej dotarliśmy z Łukaszem do Katowic (Madzia opuściła nas trochę wcześniej). Zapakowałem się w samochód, zahaczyłem o McDonaldsa i pojechałem na Kraków.
Po drodze okazało się, że jestem potwornie zmęczony lub niewyspany (lub jedno i drugie na raz) i w zasadzie głupotą było, że nie przekimałem się parę godzin w aucie na tym McDonaldsie, bo ledwo się do domu dotoczyłem.
Mam nadzieję, że kolejną wyprawę zakończymy bliżej Krakowa :)
Mimo ciężkiej nocki na dworcu i niefajnego ostatniego odcinka trasy, cała wyprawa była oczywiście świetna i już nie mogę doczekać się kolejnej :)

Aktualniy audiobook: "Carska manierka" - Andrzej Pilipiuk

niedziela, 17 sierpnia 2014

Jelenia Góra - Praga (dzien 2 - 101 km)

Kolejny dzionek za nami.
W drogę ruszyliśmy jakoś koło 8:00, ale na głodnego, bo na polu campingowym jakoś nie było dogodnego miejsca na szamanko.

Chwilę później zaliczyliśmy więc zaległe śniadanko na jakimś odludziu, na przystanku autobusowym...

...chociaż mieliśmy też alternatywną lokalizację w budce telefonicznej :)

Planowaliśmy osiągnąć Pragę jakoś wcześnie - 14-15, ale im bliżej Pragi byliśmy, tym ona była dalej ;) 
Pogoda nas nie rozpieszczała i momentami żałowaliśmy, że nie jedziemy na rowerach wodnych.
Początkowo jeszcze zatrzymywaliśmy się w jakichś możliwych miejscach, aby przeczekać, ale potem już jakoś nam się nie chciało zatrzymywać :)

Ostatecznie na starym mieście zawitaliśmy około 18-tej.
Pojeździliśmy po mieście oglądając co się dało i w sumie okazało się, że już północ :)
Podjechaliśmy na dworzec kolejowy zobaczyć jak możemy dostać się do domu. Okazało się, że jest opcja przejazdu do Katowic z przesiadką w Ostravie. Wyjazd jakoś kolo 9-tej i kolo 14-tej w Katowicach. Jednak wyjedziemy jakoś po 6-tej do Ostravy, a potem rowerami do Katowic. Podobno nie powinno być więcej niż stówka. Nie byłby to problem, gdyby dało się kilka godzin kimnąć na dworcu, ale zamknęli go i otwierają o 3:00 :/ Lekka paranoja. Stado ludzi koczuje teraz przed dworcem na karimatach, w śpiworach albo na gołej glebie jak menele :)


Pomału zawiązują się małe, międzynarodowe kluby dyskusyjne :) Dyskusją uraczyła mnie Riana (nie wiem jak się prawidłowo pisze jej imię) - młoda dziewczyna z Holandii, która przyczłapała na dworzec ze swoim chłopakiem. Ten jednak od razu zaległ na gołym betonie i zasnął, bo niespodziewanie okazało się, że w drinkach jakie im zaserwowali w jednym z klubów był alkohol... ;) Dali się podobno naciągnąć jakiemuś nagabywaczowi na darmowe wejściówki. Była też matka z synem w wieku około 8-10 lat (z Ukrainy) oraz gościu z New Jersey (21 lat), którego rodzice są Rosjanami, dzięki czemu mówił biegle po rosyjsku. Opowiadał, że jeździ po Europie oraz, że jest artystą i pokazał na telefonie swoje obrazy... Może i fajne - nie znam się :)
Nie mam pojęcia jakim cudem dam radę rano wsiąść na rower. Może trzeba będzie pospać za kierownicą... :)